Strony

czwartek, 11 lipca 2013

Cztery dni w słowackich Tatrach

 

Cztery dni w słowackich Tatrach

Wysokie Tatry, Rysy  
Wysokie Tatry, Rysy Foto: www.slovakia.travel
- Ahoj! - wy­mie­nia­my po­zdro­wie­nia z mi­ja­ją­cy­mi nas dziew­czy­na­mi. Nie, nie je­ste­śmy na morzu. Wręcz prze­ciw­nie - w gó­rach, na do­da­tek w kraju, który do morza nie ma do­stę­pu. "Ahoj!" to po pro­stu sło­wac­kie "cześć".

Przy­je­cha­li­śmy na Sło­wa­cję na prze­dłu­żo­ny week­end. Ekipa jest dość zróż­ni­co­wa­na - za­rów­no wie­ko­wo, kon­dy­cyj­nie, jak i pod wzglę­dem za­in­te­re­so­wań. Wszy­scy jed­nak mamy ten sam cel - jak naj­wię­cej zo­ba­czyć.

I dzień - Na­miast­ka et­no­gra­fii

Chcąc do­brze wy­ko­rzy­stać dzień na do­jazd, naj­pierw sta­je­my na sesję zdję­cio­wą w miej­sco­wo­ści Oraw­ski Pod­za­mok, gdzie na im­po­nu­ją­cej skale wzno­si się ma­low­ni­czy zamek, a potem wpa­da­my do Wil­ko­liń­ca (ok. 8 km na po­łu­dnie od mia­sta Ru­żom­be­rok). Ta wpi­sa­na na Listę Świa­to­we­go Dzie­dzic­twa UNE­SCO wio­ska sta­no­wią­ca re­zer­wat ar­chi­tek­tu­ry drew­nia­nej, nie jest ty­po­wym skan­se­nem - w sta­rych, za­byt­ko­wych cha­łu­pach na stałe miesz­ka około 30 miesz­kań­ców. Wszyst­kie bu­dyn­ki są tu z drew­na - je­dy­ny wy­ją­tek sta­no­wi mu­ro­wa­ny ko­ściół. Na oto­czo­nej gó­ra­mi łące pasie się stado owiec, ko­bie­ci­ny w chust­kach plot­ku­ją opar­te o płot, w przy­do­mo­wych ogród­kach drze­wa ugi­na­ją się pod cię­ża­rem owo­ców.

Urze­ka nas ta siel­skość, ale je­dzie­my zo­ba­czyć jesz­cze jeden za­by­tek, znaj­du­ją­cy się ok. 10 km od Lip­tow­skie­go Mi­ku­la­sza w miej­sco­wo­ści Świę­ty Krzyż, ko­ściół "ar­ty­ku­lar­ny". Dziw­na nazwa ozna­cza, że wy­bu­do­wa­no go zgod­nie z "ar­ty­ku­ła­mi" wy­da­ny­mi w 1681 roku przez ce­sa­rza Le­opol­da I. Nie­chęt­ny ewan­ge­li­kom mo­nar­cha zga­dzał się na wzno­sze­nie świą­tyń je­dy­nie na skra­ju wsi, przy czym nie mogły być one mu­ro­wa­ne, a okres ich bu­do­wy nie mógł prze­kro­czyć roku. Aż trud­no uwie­rzyć, że mo­gą­cy po­mie­ścić 6 tys. osób drew­nia­ny ko­ściół w Świę­tym Krzy­żu wy­bu­do­wa­no bez uży­cia gwoź­dzi w ciągu 9 mie­się­cy!

Ale oto w końcu do­cie­ra­my do na­szej bazy - Ta­tra­lan­dii, co ozna­cza słyn­ny aqu­apark na obrze­żach Lip­tow­skie­go Mi­ku­la­sza (165 km od Kra­ko­wa), z "wio­ską wa­ka­cyj­ną" pełną dom­ków do wy­na­ję­cia. Wie­czór spę­dza­my oczy­wi­ście na ba­se­nach. Li­czy­my, że ter­mal­na, bo­ga­ta w mi­ne­ra­ły woda da nam za­strzyk ener­gii na am­bit­ny na­stęp­ny dzień.

II dzień - Cho­pok - U nie­to­pe­rzy, co w gó­rach miesz­ka­ją

Tego dnia od­kry­wa­my uroki Ni­skich Tatr, które wbrew na­zwie wcale nie są "ni­skie"! Za­czy­na­my od zdo­by­wa­nia Cho­po­ka (2024 m), góry ko­ja­rzo­nej głów­nie przez nar­cia­rzy. W gło­so­wa­niu czy na nią wcho­dzi­my, czy wjeż­dża­my zda­nia mamy po­dzie­lo­ne, ale osta­tecz­nie de­cy­du­je­my że dzię­ki krze­seł­kom zy­ska­my na cza­sie i bę­dzie­my mogli zro­bić dłuż­szą trasę w szczy­to­wych par­tiach ma­sy­wu.

Po krót­kiej sesji zdję­cio­wej na ska­li­stym wierz­choł­ku i po­dzi­wia­niu roz­le­głej pa­no­ra­my (do­sko­na­le widać Tatry "wła­ści­we" z rzu­ca­ją­cym się w oczy cha­rak­te­ry­stycz­nym trój­ką­tem Kri­va­nia, na­ro­do­wej góry Sło­wa­ków) wy­ru­sza­my na Ďumbier - naj­wyż­szy szczyt w ca­łych Ni­skich Ta­trach (2043 m; czas przej­ścia z Cho­po­ka - ok. 1,5 godz.).
Na obiad scho­dzi­my do po­ło­żo­ne­go po po­łu­dnio­wej stro­nie góry schro­ni­ska zwa­ne­go ofi­cjal­nie "Chata MR Štefánika pod Ďumbie­rom" (swoją drogą sym­pa­tycz­ne miej­sce na noc­leg). Pa­ła­szu­jąc "pa­la­cin­ky" (na­le­śni­ki) do­cho­dzi­my do wnio­sku, że mamy cał­kiem dobry czas, może więc sko­czy­my do już nie­da­le­kiej w sumie Ja­ski­ni Mar­twych Nie­to­pe­rzy? Pro­blem w tym, że sa­mo­cho­dy zo­sta­wi­li­śmy w De­mia­now­skiej Do­li­nie, co ozna­cza że po znacz­nej utra­cie wy­so­ko­ści czeka nas po­now­ne wdra­py­wa­nie się na grań Ďumbie­ra, a potem dłu­gie scho­dze­nie na no­gach, bo krze­se­łek w tym re­jo­nie już nie ma. W tej sy­tu­acji ekipa nam się dzie­li - kto chce, wraca wcze­śniej, ja z grupą "am­bit­nych" go­ni­my do ja­ski­ni (trze­ba brać pod uwagę kon­kret­ne go­dzi­ny wstę­pów). W prze­ci­wień­stwie do in­nych sło­wac­kich ja­skiń, gdzie cho­dzi się po wy­be­to­no­wa­nych chod­ni­kach, tutaj zwie­dza­nie ma formę bar­dziej "przy­go­do­wą". Do­sta­je­my spe­cjal­ne kom­bi­ne­zo­ny i kaski, po czym pro­wa­dze­ni przez prze­wod­ni­ka oglą­da­my pod­ziem­ne kom­na­ty przy świe­tle lamp kar­bi­do­wych. Wkrót­ce wy­ja­śnia się, skąd dziw­na nazwa - rze­czy­wi­ście zna­le­zio­no tu licz­ne kości nie­to­pe­rzy; nie­któ­re sprzed 6 tys. lat! Żywe nie­to­pe­rze zresz­tą też tu są.
Po­wrót do par­kin­gu na tzw. Za­hrad­kach nie­któ­rym z nas daje tro­chę w kość, ale wszy­scy uzna­je­my: "warto było!".

III dzień - Wod­no-li­no­we emo­cje i za­ba­wy w spe­le­olo­gów ciąg dal­szy

Rano - re­laks! Przed­po­łu­dnie prze­zna­cza­my na ba­se­ny Ta­tra­lan­dii - część z nich jest ca­ło­rocz­na, po­go­da więc nie ma zna­cze­nia. Roz­gry­wa­my mecz w wodną siat­ków­kę, spraw­dza­my się na wod­nej (wy­cho­dzą­cej wprost z ba­se­nu) ścian­ce wspi­nacz­ko­wej, apli­ku­je­my sobie dawkę ad­re­na­li­ny na zjeż­dżal­niach, a w mię­dzy­cza­sie leżąc w przy­jem­nie cie­płej wo­dzie po­dzi­wia­my prze­mie­rzo­ne dzień wcze­śniej Ni­skie Tatry.

Po ba­se­nach czas na "Tar­za­nię", czyli są­sia­du­ją­cy z ba­se­na­mi park li­no­wy. W uprzę­żach i ka­skach po­ko­nu­je­my coraz to trud­niej­sze prze­szko­dy za­wie­szo­ne wy­so­ko nad zie­mią. Zjaz­dy na tzw. ty­rol­kach to pest­ka, "scho­dy" za­czy­na­ją się przy wi­szą­cych siat­kach i bu­ja­ją­cych się kład­kach. Ba­wi­my się do­sko­na­le, ale ból mię­śni czu­je­my jesz­cze przez dwa dni.
Po obie­dzie (nasze ulu­bio­ne danie to "vyprážaný syr z ta­tar­skou omačkou" czyli pa­nie­ro­wa­ny ser z fryt­ka­mi i sosem ta­tar­skim) stwier­dza­my, że "dzień bez ja­ski­ni jest dniem stra­co­nym", wsia­da­my więc do sa­mo­cho­du i je­dzie­my do od­da­lo­nej od Lip­tow­skie­go Mi­ku­la­sza o 12 km De­mia­now­skiej Ja­ski­ni Wol­no­ści (po sło­wac­ku "Slo­bo­dy"). W ciągu trwa­ją­ce­go 1 godz. 40 minut zwie­dza­nia (jest też krót­sza wer­sja) prze­cho­dzi­my pod­ziem­ny­mi chod­ni­ka­mi 2,1 km - to i tak tylko nie­wiel­ka część z ma­ją­ce­go ponad 35 km sys­te­mu tu­tej­szych ko­ry­ta­rzy. Prze­wod­nik opo­wia­da o sta­lak­ty­tach i sta­lag­mi­tach, po­ka­zu­je pły­ną­cą dnem ja­ski­ni rzekę. Ża­łu­je­my jed­nak, że nie dane nam już zo­ba­czyć po­ło­żo­nej nie­mal po są­siedz­ku Ja­ski­ni Lo­do­wej do­stęp­nej do zwie­dza­nia wy­łącz­nie do końca wrze­śnia (póź­niej, aż do wio­sny, lo­do­wym for­mom daje się czas na "re­ge­ne­ra­cję").

IV dzień - Ko­zi­ca w szklan­ce

Po Ni­skich Ta­trach czas na Wy­so­kie. Po­go­da jest super, tak więc po­sta­na­wia­my sko­rzy­stać z oka­zji i wje­chać na Łom­nic­ki Szczyt (2634 m), drugi co do wiel­ko­ści w ca­łych Ta­trach, prze­wyż­sza­ją­cy także Rysy. W końcu trze­ba pa­mię­tać, że Sło­wa­cji przy­pa­da dużo więk­sza od na­szej część Tatr (ok. 75% ma­sy­wu).
Wjazd na Łom­ni­cę to cała wy­pra­wa - naj­pierw są gon­dol­ki, potem jesz­cze ma­lut­ki wa­go­nik w pew­nym mo­men­cie za­wie­szo­ny na linie 250 m ponad zie­mią. Z ta­ra­su na szczy­cie widok obłęd­ny - nie tylko na Tatry, także na Pie­ni­ny, Gorce i inne pasma. Znaj­du­je­my też czas na kawę - bądź co bądź "Cafe Dedo", czyli "Dzia­dek" to naj­wy­żej po­ło­żo­na sło­wac­ka ka­wiar­nia.
Z Łom­nic­kie­go Szczy­tu żadne szla­ki nie pro­wa­dzą, ale za to ze Skal­na­te­go Plesa, dokąd zjeż­dża wa­go­nik z Łom­ni­cy, jest ich całe mnó­stwo. Rzut oka na ze­ga­rek i szyb­ka ocena stanu kon­dy­cyj­ne­go grupy spra­wia, że wy­bie­ra­my tzw. Ma­gi­stra­lę Ta­trzań­ską - czer­wo­ny szlak, który do­pro­wa­dza nas na Hre­bie­nok (po pol­sku "Sio­deł­ko"). Po dro­dze za­cho­dzi­my jesz­cze do schro­ni­ska Zam­ko­vske­ho Chata, gdzie część z nas de­gu­stu­je in­try­gu­ją­cy spe­cjał zwany "mle­kiem świ­sta­ka", pod­czas gdy inni wy­bie­ra­ją opcję "kam­zik" czyli "ko­zi­ca". Pierw­sza wer­sja oka­zu­je się ajer­ko­nia­kiem z bitą śmie­ta­ną, druga to ga­tu­nek sło­wac­kie­go piwa. Nie­ste­ty praw­dzi­wych świ­sta­ków czy kozic nie spo­ty­ka­my…
Potem jesz­cze krót­ko po­stój przy Wo­do­spa­dach Zim­nej Wody i oto Hre­bie­nok, a na nim, ku na­szej ra­do­ści - wy­po­ży­czal­nia "ko­lo­bie­żek" jak Sło­wa­cy na­zy­wa­ją hu­laj­no­gi. To naj­szyb­szy i naj­przy­jem­niej­szy spo­sób, by z Hre­bie­no­ka do­stać się po­ło­żo­ne­go w dole mia­stecz­ka Stary Smo­ko­wiec. Do­sta­je­my kaski, od­bla­sko­we ka­mi­zel­ki, na­ko­lan­ni­ki i ochra­nia­cze na dło­nie, po czym wsia­da­my na nasze po­jaz­dy i pę­dzi­my w dół po trzy­ki­lo­me­tro­wej szo­sie. Nawet nasz naj­star­szy nasz uczest­nik (lat 70) jest za­chwy­co­ny!
Nas tym­cza­sem czeka po­wrót do na­szej kwa­te­ry. Ze Smo­kow­ca do Ta­trzań­skiej Łom­ni­cy gdzie mamy sa­mo­cho­dy można do­je­chać "elek­tricz­ką" - no­wo­cze­sną ko­lej­ką łą­czą­cą mia­sta roz­rzu­co­ne u pod­nó­ża Wy­so­kich Tatr. Wie­czo­rem już po raz ostat­ni idzie­my wy­mo­czyć się w ba­se­nach Ta­tra­lan­dii. Nie wia­do­mo, kiedy bę­dzie na­stęp­na oka­zja.

Warto pa­mię­tać:

- Po­da­na trasa to pro­po­zy­cja dla tych, któ­rzy mają mało czasu, ale chcą jak naj­wię­cej zo­ba­czyć. Praw­dzi­wym mi­ło­śni­kom wę­dró­wek, któ­rym za­le­ży na "chło­nię­ciu" at­mos­fe­ry gór po­le­cam sku­pie­nie się na jed­nym ma­sy­wie.
- Po­go­da w gó­rach za­wsze może się zmie­nić, a je­sie­nią szcze­gól­nie. Poza od­po­wied­ni­mi bu­ta­mi oraz ubio­rem uwzględ­nia­ją­cym nawet i śnieg, po­win­ni­śmy mieć ze sobą la­tar­kę (je­sie­nią szyb­ko się ściem­nia), folię NRC (spo­wal­nia wy­chło­dze­nie, np. jeśli komuś się coś sta­nie), no i, ko­niecz­nie na­ła­do­wa­ny (!), te­le­fon ko­mór­ko­wy z wbi­tym nu­me­rem sło­wac­kiej "Hor­skiej Służ­by" (tel. 18 300).
- Od stycz­nia 2009 r. Sło­wa­cja prze­cho­dzi na euro. W związ­ku z tym le­piej nie zo­sta­wać z ko­ro­na­mi - wpraw­dzie można bę­dzie je przez pe­wien czas w sło­wac­kich ban­kach wy­mie­nić (mo­ne­ty do 30 czerw­ca 2009 r., bank­no­ty do końca 2009 r.), ale po co stwa­rzać sobie pro­blem.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz