Cztery dni w słowackich Tatrach
Wysokie Tatry, Rysy
Foto: www.slovakia.travel
- Ahoj! - wymieniamy pozdrowienia z
mijającymi nas dziewczynami. Nie, nie jesteśmy na morzu. Wręcz
przeciwnie - w górach, na dodatek w kraju, który do morza nie ma
dostępu. "Ahoj!" to po prostu słowackie "cześć".
Przyjechaliśmy na Słowację na przedłużony weekend. Ekipa jest dość zróżnicowana - zarówno wiekowo, kondycyjnie, jak i pod względem zainteresowań. Wszyscy jednak mamy ten sam cel - jak najwięcej zobaczyć.
I dzień - Namiastka etnografii
Chcąc dobrze wykorzystać dzień na dojazd,
najpierw stajemy na sesję zdjęciową w miejscowości Orawski
Podzamok, gdzie na imponującej skale wznosi się malowniczy
zamek, a potem wpadamy do Wilkolińca (ok. 8 km na południe od
miasta Rużomberok). Ta wpisana na Listę Światowego
Dziedzictwa UNESCO wioska stanowiąca rezerwat architektury
drewnianej, nie jest typowym skansenem - w starych,
zabytkowych chałupach na stałe mieszka około 30 mieszkańców.
Wszystkie budynki są tu z drewna - jedyny wyjątek stanowi
murowany kościół. Na otoczonej górami łące pasie się stado
owiec, kobieciny w chustkach plotkują oparte o płot, w
przydomowych ogródkach drzewa uginają się pod ciężarem owoców.
Urzeka nas ta sielskość, ale jedziemy zobaczyć jeszcze jeden zabytek, znajdujący się ok. 10 km od Liptowskiego Mikulasza w miejscowości Święty Krzyż, kościół "artykularny". Dziwna nazwa oznacza, że wybudowano go zgodnie z "artykułami" wydanymi w 1681 roku przez cesarza Leopolda I. Niechętny ewangelikom monarcha zgadzał się na wznoszenie świątyń jedynie na skraju wsi, przy czym nie mogły być one murowane, a okres ich budowy nie mógł przekroczyć roku. Aż trudno uwierzyć, że mogący pomieścić 6 tys. osób drewniany kościół w Świętym Krzyżu wybudowano bez użycia gwoździ w ciągu 9 miesięcy!
Ale oto w końcu docieramy do naszej bazy -
Tatralandii, co oznacza słynny aquapark na obrzeżach
Liptowskiego Mikulasza (165 km od Krakowa), z "wioską
wakacyjną" pełną domków do wynajęcia. Wieczór spędzamy
oczywiście na basenach. Liczymy, że termalna, bogata w
minerały woda da nam zastrzyk energii na ambitny następny
dzień.
II dzień - Chopok - U nietoperzy, co w górach mieszkają
Tego dnia odkrywamy uroki Niskich Tatr, które
wbrew nazwie wcale nie są "niskie"! Zaczynamy od zdobywania
Chopoka (2024 m), góry kojarzonej głównie przez narciarzy. W
głosowaniu czy na nią wchodzimy, czy wjeżdżamy zdania mamy
podzielone, ale ostatecznie decydujemy że dzięki krzesełkom
zyskamy na czasie i będziemy mogli zrobić dłuższą trasę w
szczytowych partiach masywu.
Po krótkiej sesji zdjęciowej na skalistym wierzchołku i podziwianiu rozległej panoramy (doskonale widać Tatry "właściwe" z rzucającym się w oczy charakterystycznym trójkątem Krivania, narodowej góry Słowaków) wyruszamy na Ďumbier - najwyższy szczyt w całych Niskich Tatrach (2043 m; czas przejścia z Chopoka - ok. 1,5 godz.).
Na obiad schodzimy do położonego po południowej stronie góry schroniska zwanego oficjalnie "Chata MR Štefánika pod Ďumbierom" (swoją drogą sympatyczne miejsce na nocleg). Pałaszując
"palacinky" (naleśniki) dochodzimy do wniosku, że mamy
całkiem dobry czas, może więc skoczymy do już niedalekiej w sumie
Jaskini Martwych Nietoperzy? Problem w tym, że samochody
zostawiliśmy w Demianowskiej Dolinie, co oznacza że po
znacznej utracie wysokości czeka nas ponowne wdrapywanie się
na grań Ďumbiera, a potem długie schodzenie na nogach, bo
krzesełek w tym rejonie już nie ma. W tej sytuacji ekipa nam się
dzieli - kto chce, wraca wcześniej, ja z grupą "ambitnych" gonimy
do jaskini (trzeba brać pod uwagę konkretne godziny wstępów). W
przeciwieństwie do innych słowackich jaskiń, gdzie chodzi się po
wybetonowanych chodnikach, tutaj zwiedzanie ma formę bardziej
"przygodową". Dostajemy specjalne kombinezony i kaski, po
czym prowadzeni przez przewodnika oglądamy podziemne komnaty
przy świetle lamp karbidowych. Wkrótce wyjaśnia się, skąd
dziwna nazwa - rzeczywiście znaleziono tu liczne kości
nietoperzy; niektóre sprzed 6 tys. lat! Żywe nietoperze zresztą
też tu są.
Powrót do parkingu na tzw. Zahradkach niektórym z nas daje trochę w kość, ale wszyscy uznajemy: "warto było!".
III dzień - Wodno-linowe emocje i zabawy w speleologów ciąg dalszy
Rano - relaks! Przedpołudnie przeznaczamy na
baseny Tatralandii - część z nich jest całoroczna, pogoda
więc nie ma znaczenia. Rozgrywamy mecz w wodną siatkówkę,
sprawdzamy się na wodnej (wychodzącej wprost z basenu) ściance
wspinaczkowej, aplikujemy sobie dawkę adrenaliny na
zjeżdżalniach, a w międzyczasie leżąc w przyjemnie ciepłej
wodzie podziwiamy przemierzone dzień wcześniej Niskie Tatry.
Po basenach czas na "Tarzanię", czyli sąsiadujący z basenami park linowy. W uprzężach i kaskach pokonujemy coraz to trudniejsze przeszkody zawieszone wysoko nad ziemią. Zjazdy na tzw. tyrolkach to pestka, "schody" zaczynają się przy wiszących siatkach i bujających się kładkach. Bawimy się doskonale, ale ból mięśni czujemy jeszcze przez dwa dni.
Po obiedzie (nasze ulubione danie to "vyprážaný
syr z tatarskou omačkou" czyli panierowany ser z frytkami i
sosem tatarskim) stwierdzamy, że "dzień bez jaskini jest dniem
straconym", wsiadamy więc do samochodu i jedziemy do
oddalonej od Liptowskiego Mikulasza o 12 km Demianowskiej
Jaskini Wolności (po słowacku "Slobody"). W ciągu trwającego 1
godz. 40 minut zwiedzania (jest też krótsza wersja) przechodzimy
podziemnymi chodnikami 2,1 km - to i tak tylko niewielka część z
mającego ponad 35 km systemu tutejszych korytarzy.
Przewodnik opowiada o stalaktytach i stalagmitach, pokazuje
płynącą dnem jaskini rzekę. Żałujemy jednak, że nie dane nam
już zobaczyć położonej niemal po sąsiedzku Jaskini Lodowej
dostępnej do zwiedzania wyłącznie do końca września (później, aż
do wiosny, lodowym formom daje się czas na "regenerację").
IV dzień - Kozica w szklance
Po Niskich Tatrach czas na Wysokie. Pogoda
jest super, tak więc postanawiamy skorzystać z okazji i wjechać
na Łomnicki Szczyt (2634 m), drugi co do wielkości w całych
Tatrach, przewyższający także Rysy. W końcu trzeba pamiętać, że
Słowacji przypada dużo większa od naszej część Tatr (ok. 75%
masywu).
Wjazd na Łomnicę to cała wyprawa - najpierw są
gondolki, potem jeszcze malutki wagonik w pewnym momencie
zawieszony na linie 250 m ponad ziemią. Z tarasu na szczycie
widok obłędny - nie tylko na Tatry, także na Pieniny, Gorce i inne
pasma. Znajdujemy też czas na kawę - bądź co bądź "Cafe Dedo", czyli
"Dziadek" to najwyżej położona słowacka kawiarnia.
Z Łomnickiego Szczytu żadne szlaki nie
prowadzą, ale za to ze Skalnatego Plesa, dokąd zjeżdża wagonik z
Łomnicy, jest ich całe mnóstwo. Rzut oka na zegarek i szybka
ocena stanu kondycyjnego grupy sprawia, że wybieramy tzw.
Magistralę Tatrzańską - czerwony szlak, który doprowadza nas
na Hrebienok (po polsku "Siodełko"). Po drodze zachodzimy
jeszcze do schroniska Zamkovskeho Chata, gdzie część z nas
degustuje intrygujący specjał zwany "mlekiem świstaka",
podczas gdy inni wybierają opcję "kamzik" czyli "kozica".
Pierwsza wersja okazuje się ajerkoniakiem z bitą śmietaną,
druga to gatunek słowackiego piwa. Niestety prawdziwych
świstaków czy kozic nie spotykamy…
Potem jeszcze krótko postój przy Wodospadach
Zimnej Wody i oto Hrebienok, a na nim, ku naszej radości -
wypożyczalnia "kolobieżek" jak Słowacy nazywają
hulajnogi. To najszybszy i najprzyjemniejszy sposób, by z
Hrebienoka dostać się położonego w dole miasteczka Stary
Smokowiec. Dostajemy kaski, odblaskowe kamizelki,
nakolanniki i ochraniacze na dłonie, po czym wsiadamy na nasze
pojazdy i pędzimy w dół po trzykilometrowej szosie. Nawet nasz
najstarszy nasz uczestnik (lat 70) jest zachwycony!
Nas tymczasem czeka powrót do naszej kwatery.
Ze Smokowca do Tatrzańskiej Łomnicy gdzie mamy samochody można
dojechać "elektriczką" - nowoczesną kolejką łączącą miasta
rozrzucone u podnóża Wysokich Tatr. Wieczorem już po raz
ostatni idziemy wymoczyć się w basenach Tatralandii. Nie
wiadomo, kiedy będzie następna okazja.
Warto pamiętać:
- Podana trasa to propozycja dla tych, którzy
mają mało czasu, ale chcą jak najwięcej zobaczyć. Prawdziwym
miłośnikom wędrówek, którym zależy na "chłonięciu"
atmosfery gór polecam skupienie się na jednym masywie.
- Pogoda w górach zawsze może się zmienić, a
jesienią szczególnie. Poza odpowiednimi butami oraz ubiorem
uwzględniającym nawet i śnieg, powinniśmy mieć ze sobą latarkę
(jesienią szybko się ściemnia), folię NRC (spowalnia
wychłodzenie, np. jeśli komuś się coś stanie), no i, koniecznie
naładowany (!), telefon komórkowy z wbitym numerem
słowackiej "Horskiej Służby" (tel. 18 300).
- Od stycznia 2009 r. Słowacja przechodzi na
euro. W związku z tym lepiej nie zostawać z koronami - wprawdzie
można będzie je przez pewien czas w słowackich bankach wymienić
(monety do 30 czerwca 2009 r., banknoty do końca 2009 r.), ale po
co stwarzać sobie problem.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz