Strony

piątek, 31 maja 2013

Zaginione wioski Puszczy Piskiej



Jestem mieszczuchem. I osobą która wie, że jak jest ciepło to wakacje najlepiej spędza się nad wodą, a jak jest zima to śnieg musi być w pobliżu, aby oddać się szaleństwu zwanym nartami. W pozostałe okresy roku dobrze mi w mieście. Dwa lata temu znajoma poprosiła mnie, abym pojechała z nią jako towarzysz niedoli na Mazury. Był grudzień – więc miesiąc w którym należy siedzieć w domu a nie jeździć po Mazurach. Dotarłyśmy na miejsce późnym wieczorem. Miejscowość o swojsko brzmiącej nazwie Jabłoń powitała nas w tajemniczym zmroku. Jako, że padałyśmy ze zmęczenia, szybciutko dostałyśmy pyszną kolację i rewelacyjne czerwone wino do kompletu.
W pełni ukontentowane, udałyśmy się do naszego pokoju, niewielkiego ale bardzo gustownie urządzonego. Zasnęłyśmy natychmiast. Rano, po przebudzeniu wyjrzałam przez okno i omal nie zdębiałam! Byłam nad samym jeziorem.Jakże innym od tego letniego - spokojnym, cichym, niebiesko-szarym. Tak już mam, że dzień od kawy muszę zacząć, pobiegłam więc do budynku, w którym mieści się restauracja Imbirowy Sad i 2 niewielkie salki konferencyjne oraz wysublimowany pokój do spotkań biznesowych (chciałoby się powiedzieć takich z cygarem). Dopiero za dnia doceniłam wnętrza, jasne, przestronne z wielkimi drzwiami wychodzącymi na samo jezioro. W tle cicha chilloutowa muzyka.... Cóż muszę napisać, że dawno nie jadłam tak pysznego śniadania, prostego acz wykwintnego... Śniadania z widokiem na jezioro, śniadania które trwało ponad godzinę, bo w zamyśleniu i odpoczynku jedzone... I tu nastąpił zwrot w moim myśleniu:  warto wyjechać z Warszawy nawet na Mazury, nawet w takie miesiące jak grudzień, styczeń czy luty i po prostu cieszyć się niczym nie zakłóconą ciszą, przyrodą oraz zwierzętami które zdziwione patrzą na nas, gdy spacerujemy po lesie.

Nadal jestem mieszczuchem. Ale dziś jestem częściej, dużo częściej na Mazurach. Dziś pracuję w Hotelu Jabłoń i za każdym razem odkrywam uroki tego miejsca i tego co Puszcza Piska ma nam do zaoferowania. We wrześniu odkryłam, wyznaczając trasy rowerowe wokół Jabłoni, miejsce zaginione, miejsce tajemnicze. "Kroniki nie mówią o zagubionych wsiach. Wśród jezior i bagien owej wschodniej krainy położone są te wsie z szarymi dachami i ślepymi oknami, ze studniami z żurawiem i kilkoma dzikimi gruszami na kamienistych miedzach. Otacza je wielki bór, wysklepia nad nimi wysokie niebo z ciężkimi chmurami, między rozpadającymi się płotami biegnie piaszczysta droga. Wychodzi z rozległych lasów i znów wśród nich ginie. Chodzi nią listonosz, jeszcze ciężej żandarm, czasami pochód weselny barwny i hałaśliwy przeciąga po głębokich koleinach. [...] Są tak małe, że nazwy ich widnieją tylko na mapach, których używa żołnierz podczas manewrów, a i to nie jest pewne. Nazwy te brzmią obco i smutnie, bywają to nawet dawne nazwy, lecz już poza granicą powiatu nikt ich nie zna. Są niby mogiły z czasów dawno zapomnianych wojen, zapadłe, z zatartymi napisami." (Ernst Wiechert, Dzieci Jerominów). Wioski, które po 1945 r. zostały rozszabrowane i rozebrane zniknęły najpierw z krajobrazu, potem z map i powoli z pamięci. Takie nie pasujące ideologicznie… Zapytałam kilka osób z Pisza czy wiedzą, czy słyszeli o takich wioskach… nikt nic nie wiedział. A ja cieszę się, że odkrywając Puszczę Piską, natrafiłam na miejsce, które warto odkryć po swojemu. Jeśli drogi czytelniku przyjedziesz do Jabłoni i jesteś  gotowy do wędrówki lub pokonania kilkunastu kilometrów rowerem lub gdy spadnie śnieg na nartach biegowych i zechcesz doświadczyć, zobaczyć i poczuć niesamowitą atmosferę historycznych i tajemniczych miejsc, zapraszam. Kiedy się zapowiesz wydrukujemy Ci mapkę, dzięki której sam odkryjesz cuda tego urokliwego zakątka Mazur.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz